Ciasna przestrzeń miejskiego autobusu zmienia ich w
dzikusów. Wstydzą się spojrzeć współdzielącym pojazd w oczy, jakby to było
jednoznaczne z wparowaniem komuś w prywatność ciężkimi, brudnymi buciorami. Ba!
Z niemalże zimną krwią mogliby godzinami obserwować czyjeś życie, romanse,
problemy, byleby się nikt nie dowiedział – rządzi nimi ciekawość. Teraz jednak
nosy wciskają między strony książek tak głęboko, że bardziej się już nie da i
cóż z tego, że z rozkojarzenia tracą (skądinąd wiadomo) ciekawy wątek powieści,
skoro wraz z ulgą czują na kostkach odłamki metaforycznego kamienia, który
spadł z gruchotem na ziemię i rozbił się w drobny mak. Ich starania nie poszły
na marne, nie muszą już wcale uciekać przed przypadkowymi muśnięciami spojrzeń
całkiem obcych sobie osób, jak Jason Statham ucieka przed przecinającymi ze
świstem powietrze kulami w prawie każdym z filmów akcji, w których zagrał.
W dobie superszybkiego Internetu, smartfonów i przenośnego
wszystkiego, co kiedyś przenośnym być nie mogło, zapomnieli o tym, jak żyć
wśród ludzi. Nie wiedzą już, jak rozmawiać z nieznajomym, by nie wydać się
nachalnym, nie wiedzą, jak się
uśmiechnąć, by nie wydać się śmiesznym. Ryją się we wszystko, co nowoczesne,
modne. Sprawnie poruszają się w rzeczywistości wirtualnej, choć nie do końca
potrafią ogarnąć „tu i teraz”.
A ja patrzę i przez myśl mi przechodzi, że fatalne rzeczy
się dzieją z tym naszym społeczeństwem, że żałosne to wszystko i w ogóle jak
tak można, po czym czuję w kieszeni ulubionych spodni potrójną wibrację
zwiastującą nieprzeczytaną wiadomość. Wyjmuję mądry fioletowy telefon i oddaję
się pisaniu elektronicznego komunikatu, w którym zaraz z odrobiną kpiny zawrę wszystko,
co tu się wydarza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz